To jest kropka (.) ;-)
Jest okrutnie. Co chwila jakieś służby zasuwają na sygnale pod (a konkretnie to niedaleko) mojego okna
I jak tu spać... no po prostu nie da się. Chyba większość normalnych ludzi jest strasznie już zmęczona tym wszystkim.
Wracam dzięki muzyce do lat moich młodości. Nie wiem czy wiecie czy też nie, ale czas kształtowania się (jako takiego) kojarzy mi się z raczkowaniem hip-hopu w Polsce. Akurat niestety on szybko zszedł na psy, pewnie poszło o kasę, sławę czy też jakieś kompletnie poboczne sprawy. Wracam do tej historii dzisiejszego wieczora.
Wklejam przykładowe cztery utwory, które oddają klimat tamtych lat... wiem, że może się ze mną nie zgadzacie ale warto przesłuchać...
Kaliber 44 - Nasze mózgi wypełnione są Marią
Paktofonika - Chwile Ulotne
Peja - Kolejny Stracony Dzień
Fenomen - Yelonky
To jest część mojego życia, część historii. To jest poniekąd świętość.
Ja chcę wakacje
Marzą mi się wakacje. Dość mam trupów, szczątek, żałoby. Dość mam czerni w internecie i czerni za oknem. Za dużo tego wszystkiego, jest przesyt. To jest już nieznośne, nie do wytrzymania. Mamy połowę kwietnia a wrażenie jakby był Listopad w okolicach pierwszego.
Marzą mi się wakacje.
Marzą mi się nadmorskie sosny, powyginane od sztormowych wiatrów. Sosny, których zapach unosi się w powietrzu jeszcze daleko od miejsca gdzie rosną. Marzy mi się morze/jezioro. Marzy mi się ciepło i odpoczynek. I optymizm.
Dedykacja muzyczna wiadomo dla kogo
Wspomnienie wielkiego patrioty – prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego
Artykuł z Rzeczpospolitej:
Ryszard Kaczorowski uosabia wszystko, co było najlepsze w naszym narodzie – mówił o nim przyjaciel
– Gdybym mógł wskazać archetyp dobrego Polaka, człowieka, który jest patriotą idealnym, powiedziałbym bez wahania: Kaczorowski. On uosabia swoją osobą wszystko, co było najlepsze w naszym narodzie. Godny, z wielkim poczuciem obowiązku. Jak go kiedyś zabraknie, będzie to koniec pewnej epoki. Trudno mi wyobrazić sobie, kto mógłby go zastąpić. Nie ma takiej osoby – mówił mi kilka dni temu w Londynie Zbigniew Siemaszko, znany emigracyjny historyk, przyjaciel ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie.
Gdy w sobotę na liście osób obecnych na pokładzie rozbitego prezydenckiego samolotu zobaczyłem jego nazwisko, natychmiast przypomniała mi się ta rozmowa. Zadzwoniłem do Siemaszki. – Ja też od razu o tym pomyślałem. I podtrzymuję to, co powiedziałem. Kaczorowski był ostatnim z polskich wielkich patriotów, ostatnią postacią takiego formatu, jaką uformowała II Rzeczpospolita – powiedział historyk. – Dowód? Znam tylko trzy osoby, które pod śledztwem w NKWD się nie załamały i nie podpisywały zeznań. Jedną z nich był właśnie Kaczorowski. Za to dostał wyrok śmierci.
[...]
Mimo to w 1994 roku premier Waldemar Pawlak zaoferował mu posadę w Ministerstwie Obrony Narodowej. Kaczorowski natychmiast odmówił. Potem śmiał się z tego i powtarzał jako anegdotę. Gdy ktoś kiedyś zapytał go, dlaczego właściwie nie przyjął wysokiego stanowiska, spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Przecież ja się na tym kompletnie nie znam – powiedział. Postawa w III RP rzeczywiście „niezrozumiała”.
– To był człowiek, który nie pasował do dzisiejszych czasów. Weźmy jego przemówienia. Przede wszystkim mówił krótko i jasno. Dziś rzecz całkowicie niespotykana. Po drugie nie mówił głupstw. Rzecz niespotykana jeszcze bardziej. Zawsze wiedział, o co mu chodzi. Zawsze był wierny swoim wartościom – wylicza Zbigniew Siemaszko. – Pierwotnie do Katynia miał lecieć z żoną Karoliną, ale ona zachorowała i przeszła operację. To uratowało jej życie.
Podobno do Katynia chciała polecieć również jedna z dwóch córek prezydenta. Miała jednak brytyjski paszport i nie udało się załatwić wizy.
pełna treść wywiadu na stronach Rzepy.
Myślę, że zamiast robić burzę i walić się po głowach kto ma gdzie leżeć i dlaczego lepiej wspomnieć osoby o których tak wiele się nie mówi. Taką osobą był Ryszard Kaczorowski. Cześć jego pamięci!
Już wychodzą na powierzchnię…
Dopiero co ciało prezydenta (jako jedyne do tej pory) zdążyło wrócić na ojczystą ziemię a już rozpoczyna się chocholi taniec nad tymi szokującymi wydarzeniami z minionego weekendu. Trudno komentować takie rzeczy i takie słowa, które wychodzą od osób mających świecić przykładem dla pozostałych.
Ktoś kiedyś w żartach zapytał czy mam jakąś antykatolicką fobię... wydaje mi się, że od pewnego czasu staram się dość mocno ważyć słowa. Bardzo szanuję ludzi inteligentnych i porządnych, niezależnie od wyznania lub jego braku. Zarówno katolików, ateistów, agnostyków, żydów, protestantów...
Dorastałem w rodzinie i tradycji katolickiej i wiem jakim uznaniem i kredytem zaufania cieszy się kościół katolicki w Polsce. Niestety w większości przypadków wypowiedziami mniejszych lub większych dostojników kościelnych, odrzucają od siebie nie tylko osoby takie jak ja, pozbawione genu wiary ale również osoby wierzące i często praktykujące.
Coraz trudniej szukać wspólnej płaszczyzny porozumienia z ludźmi, którzy wypowiadają słowa na przykład:
To mogło się wydarzyć w środę [gdy w Katyniu był premier Tusk - red]. Ale w środę, metaforyczne w środę, "te oczodoły wołają o prawdę" premiera polskiego rządu, wywołały zachwyt. Już na drugi dzień liberalni politycy, opiniotwórczy Michnik od dawna niepiszący, zaproponowali posprzątać tropy pamięci z katyńskiego lasu, zapomnieć ślady profanacji znad charkowskich grobów. I może dlatego Bóg przypomniał wczoraj Polakom - po ludzku dramatycznie, nieludzko, ale po bożemu - inaczej, po swojemu, te słowa psalmu 137 "nad rzekami Babilonu tam żeśmy siedzieli, płakali...
[...]
To się mogło zdarzyć w środę, zdarzyło się wczoraj. To był ten kwiat polskiej inteligencji, to były te elity, które miały zasilić swą krwią ziemię smoleńska, by katyńska ofiara sprzed 70 lat nie została zapomniana, byśmy nie zasypali tropów, którymi kroczyli Ci żegnający się z najbliższymi.
Ci którzy mieli ręce związane kolczastym drutem, do którego przywiązano sznur oplatający ich szyje. Za każdym ruchem dusili się. Byli jak niemowlęta aborcyjne. Pamięć pod Smoleńskiem uratuje pamięć Katynia, którą libertyni chcieli już posprzątać.
Tak właśnie wczoraj prałat Zbigniew Suchy podczas mszy świętej (sic!) dał popis nie tyle miłosierdzia co chęci krwi i życzenia śmierci osobom z którymi poglądowo najprawdopodobniej nie było mu po drodze. Zaiste ksiądz prałat powinien zostać politykiem - byłby w tym bardzo dobry. Nawet oni wczoraj starali się zachować resztki moralności (no może poza panem Górskim z PiSu ale można przyjąć jako nieprzemyślaną wypowiedź związaną ze śmiercią jego najbliższych kolegów.
Swój katolicki głos w Twoim domu dał też o. Rydzyk. Nie powiedział w sumie nic, czego by wcześniej nie było. Język nienawiści u tego księdza-biznesmena rośnie wprost proporcjonalnie do spadku wpływów na koncie.
Katyń zbiera dalsze owoce, ale ta droga dalsza nasza jest. Idziemy ciągle do prawdy, coraz bardziej prawi, chcemy być. Stąd prawica. Niekoniecznie jest prawicą to, co się nazywa. Nie, trzeba patrzeć na uczynki. Pan Jezus mówi: po owocach ich poznacie. Nie po płaczu, po gestach
[...]Dzisiaj dzień miłosierdzia. Co Pan Bóg chciałby nam powiedzieć? Jedno, bym przestrzegał wszystkich, wszystkich. (...) Uważajmy. Dla nas to jest pogrzeb, ale dla ludzi złych, mogą robić różne miny, ale to jest wesele.
Bardzo smutno
Myślę, że dzisiejszy dzień jest bardzo smutny dla każdego Polaka niezależnie od przekonań politycznych. Oczywiście znajdą się gnidy, które będą się cieszyły jednak trzeba mieć nadzieję, że my jako naród nie zdurnieliśmy i nie zidiocieliśmy do reszty.
Najprawdopodobniej od dzisiejszego ranka zostaliśmy państwem bez prezydenta i pierwszej damy. Wg. artykułu 131 konstytucji gdy prezydent nie może wykonywać obowiązków, tą rolę przejmuje marszałek sejmu (obecnie Bronisław Komorowski). W katastrofie zginął też najprawdopodobniej ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski oraz kandydat na prezydenta RP z lewicy Jerzy Szmajdziński.
Bardzo to wszystko smutne, zginęło wielu ludzi, którzy pracowali dla Polski lepiej lub gorzej ale na pewno tak jak umieli. I o ile zawsze sprzeciwiam się wynoszeniu na ołtarze osób zmarłych to chciałem podziękować za te wszystkie dobre rzeczy, które dla mnie jako Polaka zrobili.
Mój post z forum warty przeklejenia
Myślę, że temat najlepiej określa istotę naszej rozmowy. Wszystko opiera się na stwierdzeniu "wierzę" albo "nie wierzę". To coś tak fundamentalnego jak w elektronice cyfrowej stan 0 lub 1. Wszystko od tego się zaczyna, rozrasta i rozwija. I w wierze w duchy czy też zjawiska nadprzyrodzone czy też w nie wierzeniu w takie rzeczy dochodzimy do próby stworzenia własnego modelu naszego świata. Im bardziej szczegółowo wchodzimy w budowę tego modelu tym nauka staje się coraz bardziej bezużyteczna i wracamy znowu do naszych przekonań - "wierzę" lub "nie wierzę" w pewne sprawy.
Nauka nie potrafi odpowiedzieć na pytanie czy nasz wszechświat to wszechświat czy może raczej wieloświat. Nie jest do końca pewne czy paradoks Olbersa został rozwiązany a sformułował on go na przełomie XVIII i XIX wieku. W naszych badaniach i wierze w moc nauki dochodzimy do faktu, że paradoksalnie nasza nauka nie jest specjalnie ani lepsza ani bardziej wiarygodna od wiary babci mieszkającej na zabitej wsi i co wieczór wystawiająca przed chałupom "diabłom" rzepę z masłem na talerzyku.
Często karmiąc ryby, które posiadam (głupiki a jakże!
) myślę nad tym, że dla nich moje akwarium nie dość, że jest olbrzymie to jest całym światem. One również nie potrafią sobie wytłumaczyć praw rządzących ich (moim?) akwarium np. dlaczego jedzenie pojawia się czasem o 7 rano, a czasem o 16 wieczór jak ich pan (Bóg?) zaśpi, zapomni lub zapije 
Co jeśli przez analogię z nami jest tak samo?
Obserwujcie
Obserwujcie okolice północnej i południowej Korei. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych 21 dni będzie się tam działo wszystko albo... nic. Kwestia tylko osoby, która stanie przed 54 rodzinami marynarzy; tego co powie i czy w ogóle powie.
Jestem pewien, że analitycy CIA przy białym domu mają teraz pełne ręce roboty
Wiosna ach to Ty!
Dzisiaj 20 stopni na plusie pokazuje termometr za oknem. Przejście kawałka drogi w podkoszulku i w płaszczu skończyło się ugotowaniem wnętrza autora słów, które teraz czytasz ![]()
Paradoksalnie bardzo się cieszę z tego wszystkiego. Zima zawsze ale to zawsze nastrajała mnie absolutnie negatywnie i depresyjnie. Wszystkie nieprzyjemne rzeczy, które mnie spotkały występowały w zimie. Co innego wiosna. Ona kojarzy mi się z jakąś nadzieją na lepsze, budzeniem się do życia wszystkiego co nas otacza i nad czym podobno 'panujemy'.
Oczywiście tak panujemy, że nigdy nie wiadomo kiedy ta wiosna przyjdzie. Jestem zawsze pod wielkim wrażeniem przekonania, że jako człowiek kontroluje wszystko łącznie z przyrodą. To jakieś wielkie zadufanie w sobie, które szybko kończy się z przejściem trąby powietrznej, trzęsienia ziemi oraz tzw. katastrofy.
Na jaki czas owa sytuacja uświadamia nam nasze miejsce w szeregu? Na zdecydowanie krótki, za krótki. A potem płacz i zgrzytanie zębów.... i tak w kółko! Bo zarówno głupota jak i pory roku są cykliczne
ps: Dedykacja muzyczna śpiewana przez osobę, którą bardzo cenię... pana Marka Grechutę:
Muzyczny Joe Cocker – bo dzisiaj piątek
Karierę muzyczną rozpoczynał w wieku 15 lat w zespole The Avengers pod pseudonimem scenicznym Vance Arnold. Później śpiewał w innych zespołach: Big Blues (1963), The Grease Band (1966). W roku 1969 wystąpił w amerykańskim programie telewizyjnym Ed Sullivan Show. Jego pierwszym wielkim przebojem była jego wersja
With a Little Help from My Friends
grupy The Beatles. W tym samym roku wystąpił na Festiwalu Woodstock.
Do posłuchania:
Odkładaj mało, by wyjąć dużo. Rzecz o długoterminowym oszczędzani
Disclaimer - obliczenia, które prezentuję zrobiłem na lekkim kacu z okazji dnia św. Patryka. Mogłem gdzieś popełnić błąd, proszę mieć to na uwadze.
Rozbawił mnie wczoraj artykuł na portalu gazeta.pl pod takim samym tytułem jak ta notka. Pan Maciej Samcik już w nagłówku artykułu napisał: 'Odkładając tylko po 250 zł miesięcznie, przez 40 lat możesz zebrać blisko milion złotych!'
Jest to wspaniała informacja tyle, że ... zupełnie nieprawdziwa. Dlaczego?
Autor pisze:
W optymistycznym scenariuszu, gdybyś odkładał po 250 zł miesięcznie przez np. 30 lat ze średnim rocznym zyskiem 8 proc. (czyli wyższym niż wspomniane wyżej 5 proc. na lokacie), na koniec odebrałbyś aż 354 tys. zł. Oszczędzając przez 40 lat, uzbierasz już... 810 tys. zł! Wystarczy na samochód, na podróż dookoła świata i jeszcze na dodatkową emeryturę.
Brzmi super, prawda? Cały szkopuł w tym, że osiągnąć roczną stopę zwrotów przez 40 lat co rok 8 procent jest arcy trudne.
Dlaczego? Po pierwsze od owej inwestycji pobierany jest 19% podatek Belki. Oczywiście, możemy założyć sobie indywidualne konto emerytalne (IKE) i 'uwolnić' się od niego, tylko cały szkopuł polega na tym, że owo uwolnienie jest obiecywane przez państwo. Jaką ma się gwarancję, że w ciągu 40 lat państwo polskie nie zmieni zdania? Jaka jest gwarancja, że któryś kolejny rząd próbując ratować tonący ZUS nie powie: 'IKE się nie sprawdziło więc wszystkie oszczędności transferujemy do ZUSu a konto przyszłej emerytury?'
Notą uzupełnienia powiem, że teraz można wyciągnąć pieniądze z IKE w każdej chwili płacąc normalny 19% podatek. Osoba oszczędzająca jest zwolniona z tego, gdy osiąga wiek emerytalny.
Tutaj jeszcze jedna uwaga - ostatnio coraz częściej pojawiają się głosy, że należy wydłużyć wiek emerytalny. Tak na prawdę może się okazać, że pieniądze bez podatku dostaniemy w wieku 80 lat. Ktoś powie, że to nie prawda i nierealne... czy aby na pewno?
Oszczędzając na swoim
Oszczędzamy więc normalnie korzystając z lokat, funduszy, obligacji. Nasz zysk, jest opodatkowany (19%) więc można zauważyć, że 1/5 zabiera nam państwo w sposób zbójecki.
Wsadzając 10 tysięcy złotych na lokatę oprocentowaną 5% rocznie otrzymujemy:


