Anduk blog Żarty się skończyły!


24sty/091

Skandal pedofilski we włoskim Kościele

Głuchonieme dzieci przez trzydzieści lat były wykorzystywane seksualnie przez księży w ośrodku wychowawczym w Weronie - piszą włoskie gazety. Koszmar zakończył się w 1984 r., ale część duchownych do dziś pracuje z młodzieżą.

Do molestowania miało dochodzić w pokojach dzieci, w konfesjonałach, pod ołtarzem kościoła Matki Boskiej Płaczącej w Weronie. - W przykościelnej sali, gdzie nas spowiadano, księża masturbowali się, obmacując dziewczynki - relacjonuje jedna z wychowanek. Ktoś inny (chłopiec) wspomina sceny pod prysznicem, gdzie trzech księży molestowało trzech chłopców. Dzieci nie skarżyły się obcym także dlatego, że głuchoniemym trudniej porozumieć się z otoczeniem, a kiedy dorosły - milczały ze wstydu i strachu.

Ofiary księży z Werony zdobyły się na odwagę dopiero w 2007 r. i od tamtej pory bezskutecznie domagają się odsunięcia pedofilów od pracy duszpasterskiej. Przełożony księży przekonuje dziennikarzy, że nie orientuje się w zarzutach. Także miejscowy biskup Giuseppe Zenti, do którego pierwszy list ze skargą na dawnych wychowawców dotarł w listopadzie 2008 r., uchyla się od odpowiedzialności. Tłumaczy, że zgromadzenie prowadzące ośrodek jest autonomiczne wobec diecezji. - Jeśli te fakty znajdą potwierdzenie, to byłaby to rozdzierająca rana dla naszej wspólnoty - powiedział przed kilkoma dniami dziennikarzom "L'Espresso".

- Nie chcemy dla nich kar więzienia. Nie pragniemy odszkodowań. Chcemy, aby już nikomu nie zaszkodzili - tłumaczą dawne ofiary Istituto Antonio Provolo, który przez blisko sto lat był chlubą włoskiego Kościoła, bo w całej Europie uznawano go za wzorcowy ośrodek wychowawczy przygotowujący głuchonieme dzieci do pracy zawodowej i samodzielnego życia poza zakładem zamkniętym. Dlaczego jego dorośli wychowankowie dopiero teraz postanowili opowiedzieć koszmar z dzieciństwa? - Zachęcił nas Benedykt XVI, który w Nowym Jorku i Sydney spotkał się z ofiarami księży pedofilów. I obiecał, że Kościół zrobi wszystko, by nikt już nie został skrzywdzony - tłumaczą dziennikarzom włoskiego tygodnika "L'Espresso".

Zeznania, pod którymi podpisało się ponad 60 kobiet i mężczyzn, obciążają 25 księży wykorzystujących wychowanków internatu od lat 50. do 1984 r. Kilka dorosłych ofiar, które dziś potrafią mówić dzięki nowoczesnym metodom ośrodka Istituto Antonio Provolo, nagrało swe świadectwa na wideo i zgodziło się na ich zamieszczenie na stronie internetowej "L'Espresso". - Ogłuchłem w wieku ośmiu lat. Do ośrodka trafiłem w wielu dziewięciu lat i trzy miesiące później stałem się obiektem seksualnego zainteresowania. Kolejni księża i bracia zmuszali mnie do wszelkiego rodzaju stosunków aż do 15. roku życia, kiedy opuściłem ośrodek - opowiada Bruno [nazwiska wychowanków zostały utajnione]. Podaje dziennikarzom 16 nazwisk kapłanów, wśród których jest podobno powszechnie znany w Weronie prałat.

- Kiedy wreszcie w 2006 r. poszliśmy do przełożonego ośrodka ojca Danila Corradiego, ten padł na kolana i 12 razy błagał o wybaczenie - opowiadają. Kiedy jednak wbrew ich nadziejom i deklaracjom Watykanu nie nastąpiły żadne działania, postanowili zwrócić się do prasy. Choć w ośrodku już od kilku lat nie ma internatu, to tamtejsi księża ze Zgromadzenia św. Marii na rzecz Wychowania Głuchoniemych wciąż prowadzą zajęcia dla dojeżdżającej młodzieży. Z ośrodkiem nadal jest związanych mniej więcej dziesięciu księży oskarżanych o molestowanie (pozostali zmarli).

Po głośnych skandalach pedofilskich w amerykańskim Kościele Watykan wydał zalecenia, aby w przypadku podobnych oskarżeń - przy zachowaniu domniemania niewinności - odsuwać księży od pracy z dziećmi już w czasie śledztwa kościelnego. Zarzuty wychowanków ośrodka w Weronie mogą świadczyć o tym, że lokalny Kościół zlekceważył te wskazówki. Oskarżeń nie może sprawdzić prokuratura i państwowe sądy, bo w świetle prawa już się przedawniły.

źródło

Tagged as: religia, wiara 1 Komentarz
21sty/090

Pośredniak

21sty/090

Poczta polska i fax.

Poszedłem na pocztę wysłać fax - nic szczególnego, zwykła kartka A4. Wchodząc zauważyłem około 12 osób maksymalnie wkurwionych, czekających w kolejce, dwukrotnie zawiniętej wokół siebie. Z trzech okienek działało tylko jedno - nic nowego, po prostu nowy standard pocztowy ;)

Przy tym jednym nieszczęsnym okienku, stała kobieta, na oko trzydziesto paro letnia z plikiem 40 listów do wysłania. Na początku została obsztorcowana przez panią z poczty: "Niech pani nie pisze takimi drobnymi literkami, bo tutaj raz większe, raz mniejsze nic rozczytać się nie mogę!".

Ktoś z kolejki nie wytrzymał i krzyknął: a nie można by otworzyć drugiego okienka?!

Na to pani z poczty pretensjonalnym głosem królowej: "Nie! Ta pani ma widzimisie wysłać tyle listów na raz, więc muszą państwo poczekać!".

Po tych słowach wszystko mi opadło i wyszedłem. Mam nadzieje, że monopoliści szybko upadną - życzę im tego z całego serca. A sam mam zamiar unikać poczty, jak tylko będę mógł.

20sty/090

Podniebny pochówek w Tybecie

Znalazłem w sieci reportaż pana Ryszard Kulika (z równie ciekawą stroną internetową). Tylko dla ludzi wytrzymałych i ciekawych świata :) Szokujący ale pokazujący inną kulturowość, zupełnie odmienną od naszej, europejskiej.

Wyboista, gruntowa droga wije się serpentynami osiągając w końcu rozległe plateau. Jak okiem sięgnąć pusta, zielona przestrzeń z nielicznymi tybetańskimi namiotami i wzgórzami na horyzoncie. Jadę niewielką furgonetką z kilkoma Chińczykami i młodym Tybetańczykiem, który siedzi obok mnie. Przez jakiś czas przygląda mi się uważnie bez żadnego skrępowania, później coś do mnie mówi, na co odpowiadam wieloznacznym "hmm". Widzę, że szczególnie zainteresowany jest moimi owłosionymi przedramionami. Pociąga mnie za włoski badawczo, a następnie z niejaką dumą kładzie rękę na moim udzie. Jedziemy tak kilkadziesiąt minut - ja nieco onieśmielony, on natomiast wyraźnie zadowolony.

Znajdujemy się w prowincji Syczuan, skąd do administracyjnego Tybetu jest jeszcze kilkaset kilometrów. Wszędzie jednak widać tybetańskie wioski oraz "nieokrzesanych" z wyglądu (w porównaniu z Chińczykami) tybetańskich wieśniaków. Po inwazji Chin w latach pięćdziesiątych XX w. część etnicznego Tybetu (w tym ta, w której się obecnie znajdowałem) została rozparcelowana i przyłączona do kilku chińskich prowincji.

Specjalność zakładu: jakburger

Dojeżdżamy w końcu do niewielkiej wioski Langmusi. Główna ulica - jeżeli tak to można nazwać - jest rozjechanym błotnistym bajorem, po którym przechadzają się czarne prosiaki. Jest ich tutaj całkiem sporo, podobnie jak mnichów w czerwonych i pomarańczowych szatach. W Langmusi znajdują się dwa duże klasztory buddyzmu tybetańskiego, które dominują nad wsią rozsiane po okolicznych wzgórzach. Jest tutaj też kilku obcokrajowców z Anglii, Niemiec, Austrii i Włoch. Spotykam ich w niewielkiej knajpce u Leshy, atrakcyjnej muzułmanki, serwującej w swojej lepiance m.in. jogurt z mleka jaka i ogromnych rozmiarów jakburgera. Na jednej ze ścian wisi informacja, że dla śmiałka, który zje jakburgera w ciągu 15 min. przewidziana jest nagroda w postaci dodatkowej porcji ciasta czekoladowego. Poniżej znajduje się lista, gdzie zarejestrowane są czasy wchłonięcia w siebie tej specjalności zakładu. 38 minut, 23 minuty, 18 minut...nikomu nie udała się póki co ta sztuka. Mimo to nawet ci, którzy byli w stanie pochłonąć burgera na jednym posiedzeniu zasługują na uznanie. Tak było do momentu, gdy u Leshy zjawił się nasz krakowski znajomy Beny, który bez specjalnych kompleksów i ceregieli skonsumował jakburgera w ciągu 14 minut i 45 sekund. Wprawdzie potem przez jakiś czas nie był w stanie ruszyć nawet palcem, ale tak czy inaczej polski akcent u Leshy pozostał.

Strzeż się tych miejsc

Głównym tematem rozmów obcokrajowców w Langmusi nie były jednak jakburgery. Każdy nowo przyjeżdżający dowiadywał się od pozostałych będących tu już od kilku dni o niezwykłym tybetańskim rytuale grzebalnym, który wciąż jest praktykowany w tym miejscu. Słyszę więc i ja, że około pół godziny drogi od wioski, w górach znajduje się szczególne miejsce, gdzie tybetańczycy pozostawiają ciała swoich zmarłych na pożarcie sępom. Wprawdzie ten podniebny pochówek jest najbardziej powszechną metodą grzebania - jeśli tak w ogóle w tym przypadku można powiedzieć - zmarłych w Tybecie, to jednak spotyka się go coraz rzadziej. Przed chińską inwazją zdecydowanie dominował, obecnie natomiast pod wpływem chińskiej polityki stopniowo odchodzi się od tego zwyczaju. Chińczycy poza tym skrupulatnie dbają o to, by żaden zagraniczny turysta nie był świadkiem tego niezwykłego rytuału. W stolicy Tybetu - Lasie, w hotelach, w których przebywają turyści można spotkać takie oto ostrzeżenia: "Zabrania się odwiedzania i fotografowania miejsc podniebnego pochówku zgodnie z przepisami dotyczącymi mniejszości narodowych. Turysta łamiący te przepisy będzie surowo ukarany". W Langmusi takie ostrzeżenia nie pojawiają się, uznaję więc, że mam prawo tam pójść.

Pochówek

Następnego dnia o świcie, cały podekscytowany wyruszam na poszukiwania tajemniczego miejsca. Po kilkudziesięciu minutach wspinania się pod górę, w świetle porannego słońca dostrzegam mnóstwo trzepoczących na wietrze tybetańskich flag modlitewnych. Na każdej z nich zapisane są święte teksty i mantry. Poruszane wiatrem szepczą swe modlitwy. Nieopodal powiewających flag, u podnóża wzgórza znajduje się coś, co bardziej przypomina niewielkie wysypisko śmieci niż cmentarz: walające się resztki ubrań, buty, a między tym wszystkim kawałki kości. Jest tu też kilka siekier.

W pewnym momencie okazuje się, że nie jestem tutaj sam. Na wzgórzu dostrzegam trzech mnichów palących ogień. Jeden z nich macha do mnie zachęcająco ręką. Ponad wzgórzem widzę również krążące ogromne ptaki. Wiele z nich obsiadło wzgórze, tak, że stało się ono niemal szare. Gdy dochodzę do szczytu, który jest niewielkim płaskowyżem, jeden z mnichów przywołuje mnie i pokazuje, żebym usiadł. Siedzimy tak razem przy tlących się odchodach jaka. Lama obok mnie mamrocze pod nosem mantry jednocześnie układając swoje dłonie w charakterystyczne mudry. Trwa to jakąś chwilę, aż nagle mnisi wstają i odchodzą parę metrów. Widzę, że nożami tną coś wokół kłębiących się sępów. Początkowo myślę, że mają jakieś mięso, którym karmią ptaki, ale po chwili orientuję się, że są to ludzkie zwłoki. Ogarnia mnie przedziwne uczucie. Jestem zmieszany, przerażony, zaciekawiony i nie bardzo wiem co robić. Siedzę więc dyskretnie z boku i bacznie się przyglądam. Robię też kilka zdjęć, co spotyka się - ku mojemu zdziwieniu - akceptacją mnichów.

Zwłoki mężczyzny mają zmasakrowaną twarz. Dwóch mnichów w białych rękawiczkach, fatruchach i z opaskami na twarzy nacina klatkę piersiową i brzuch, podczas gdy trzeci odgania zniecierpliwione sępy. Po dokonaniu nacięć odchodzą kilka metrów i pozostawiają ciało ptakom. Widzę, jak kłębowisko drapieżników po kilku minutach drąży w korpusie ciała wielką pustkę. Następnie mnisi obcinają dłonie i nacinają stopy za każdym razem odsuwając się i pozostawiając miejsce sępom.

Nad moją głową, bardzo nisko szybują ogromne drapieżniki. Rozpostarte skrzydła przelatujących ptaków wydają charakterystyczny, głośny dźwięk podobny do trzepoczącej na wietrze potężnej flagi. Część sępów tłoczy się na ziemi, przepychając się i czasami walcząc między sobą. Ptaki budzą grozę, ale są też niezwykle piękne: długie, białe szyje z charakterystycznym kołnierzem, potężne nogi i dzioby. Głowy niektórych sępów są krwiście czerwone.

Mnisi systematycznie ćwiartują ciało siekierami i nożami, które co jakiś czas ostrzą o pobliskie głazy. Odcięte kawałki ciała rzucają sępom albo nacinają jakiś fragment i po prostu odchodzą na kilka kroków zostawiając miejsce ptakom. Sępy widząc krew momentalnie rzucają się na szczątki i albo połykają je w całości albo rozszarpują na mniejsze kawałki. Większe kości, które pozostają nie zjedzone mnisi miażdżą siekierami i rzucają ptakom. Tak też dzieje się z głową, którą roztrzaskują dużymi kamieniami. Cały ten rytuał trwa około dwóch godzin, po którym to czasie z doczesnych szczątków zmarłego nie pozostaje nic.

Ekologiczna mądrość

Podniebny pochówek łączy w sobie pragmatyzm Tybetańczyków oraz ich szamańsko buddyjskie wierzenia. W Tybecie rośnie niewiele lasów, a drewno jest bardzo cennym materiałem. Kremacja zwłok jest więc bardzo trudnym i drogim przedsięwzięciem. Podobnie jest z grzebaniem ciała w ziemi. Górska gleba pełna skał nie nadaje się do kopania głębokich dołów, poza tym w surowym klimacie przez większość roku jest tak zamarznięta, że nie można jej ruszyć.

Tybetańczycy wierzą w podstawową jedność wszechświata. Człowiek jest jego częścią, zatem umierając wraca ponownie do kręgu życia. Tutaj dzieje się to poprzez sępy, które unoszą zmarłego wysoko pod niebiosa jednocześnie włączając go w obieg życia. Poza tym buddyzm uczy, że należy dawać siebie zarówno innym ludziom, jak i naturze. Wydaje się więc zrozumiałe, że po śmierci ofiarowuje się ciało ptakom. Mimo więc zdecydowanie negatywnej postawy Chińczyków wobec tego rytuału, którzy określają go jako barbarzyński i niecywilizowany oraz niezrozumienia i oburzenia jakie rodzi się w umysłach niektórych turystów z zachodu ten rodzaj pochówku wyraża głęboko ekologiczną mądrość starożytnej kultury i religii tybetańskiej.

Nie wszyscy Tybetańczycy mogą sobie jednak pozwolić na taki pochówek. Ci mniej zamożni pozostawiani są na pożarcie nie tylko sępom, ale także psom. To prawdopodobnie ich szczątki znajdowały się poniżej wzgórza nieopodal flag modlitewnych. Jeszcze inni natomiast są ćwiartowani i wrzucani do rzek, gdzie zostają zjedzeni przez ryby.

Lamowie zaś, w tym Dalaj Lama chowani są w jeszcze inny sposób. Ich ciała naciera się wonnymi olejkami i spowija w całuny, a następnie umieszcza wewnątrz stup - wiekszych, bądź mniejszych dzwonowatych kapliczek. Stupy często pokrywane są złotem dla podkreślenia prestiżu, jakim cieszył się zmarły dalaj lama lub panczen lama.

Zwyczaj ofiarowania ciała zmarłych sępom przywędrował do Tybetu ze starożytnej Turcji i Persji. Już kilka tysięcy lat temu w Anatolii sępy pożerały zmarłych, a ich kości następnie gromadzono w domach. Wyznawcy Zoroastra natomiast umieszczali zmarłych w Wieżach Milczenia, do których zlatywały się sępy. Persowie migrując w VI w. do Indii zachowali ten zwyczaj, który następnie przywędrował do Tybetu i tam przetrwał do dzisiejszych czasów.

Źródło artykułu znajduje się tutaj.

13sty/091

Pod kontrolą

Narkomania jest rosnącym problemem wśród młodzieży i zagraża coraz
większej liczbie młodych osób. Obniża się wiek osób zażywających narkotyki.
„Dlaczego STOP narkotykom?" to szeroka kampania Katolickiego Stowarzyszenia
Młodzieży
na rzecz przeciwdziałania narkomani adresowana do uczniów szkół gimnazjalnych  i ponadgimanzajlnych i ich rodziców we wszystkich województwach w całej Polsce. Kampania rozpoczęła się w województwie lubuskim, trwa w województwie pomorskim a od września rusza w województwie małopolskim. Zaprosiliśmy samorządy, kuratoria oświaty i szkoły do włączenia się w realizację programu „Dlaczego STOP narkotykom?".

źródło

Można obejrzeć całkiem fajny filmik, który będzie puszczany w szkołach. Akcja słuszna i potrzebna, tylko czemu jak zawsze dorabiana jest ideologia do prostych rzeczy? Hmmm, no tak bo to kampania Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, puszczana w świeckich szkołach, pod patronatem kuratoriów oświaty i przy błogosławieństwu samorządów.

Powiecie pewnie, że się czepiam i film mi się nie podoba przez jedno z pierwszych zdań, które brzmi: "problem uzależnienia od narkotyków często zaczyna się poprzez sięgnięcie po nie po raz pierwszy" - o zaiste, zacząłem się zastanawiać, że skoro "często" a nie "zawsze" to znaczy, że osoba nie zażywająca narkotyków może też się uzależnić! Spiritus sanktus - amen! Odpukać w niemalowane drewno.

W trakcie filmu pokazywane jest wiele świadectw i stwierdzeń o Bogu, miłości, życiu duchowym czyli klasyczne chwyty "Bóg Cię kocha", wierz w niego a spotkasz za życia i po śmierci stado Hurys. Dlaczego czepiam się filmu, które przesłanie poza teologiczne jest dobre i całkiem potrzebne? Czepiam się dlatego, że coś tu nie gra - zaraz zobaczymy co.

Ateiści krzyżują szkoły!

Na drugi dzień świąt, rektor PAT'u spłodził list o usuwaniu krzyży ze szkół przez "agresywnych ateistów". Tutaj ciekawszy fragment tego listu:

Trzeba dodać, że współcześnie agresywny ateizm posługuje się także innymi metodami, zmierzającymi do wymazania wiary w Jezusa Chrystusa, najpierw w życiu publicznym, a potem do jej wyrwania z serc ludzkich. Jedną z tych metod jest nawoływanie do usuwania krzyży, które są znakiem naszej wiary w Jezusa Chrystusa. Takie głosy słyszy się również w naszym kraju. Pamiętamy, jak w przeszłości, pod rządami komunistycznymi, wielokrotnie usuwano krzyże ze szkół, urzędów, szpitali i innych miejsc. Lecz wtedy wołaliśmy do Boga: ,,Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!". Tam bowiem, gdzie usuwa się krzyże, nie ma prawdziwej wolności i deptana jest godność człowieka. Tam, gdzie uderza się w Boga, uderza się także w człowieka.

źródło

W środku odwołanie do komunizmu, w dalszej części listu można wyczytać o prześladowanych chrześcijanach a wszystko podlać Janem Pawłem II; bardzo sprytne. Straszenie jak w średniowieczu ;)

I na tym zakończyłbym ten wpis gdyby nie to, że dwie rzeczy sprawiają, że czuje się nieswojo.

Pierwszą rzeczą jest fakt, że kościół nie dokłada się ani złotówki do utrzymania państwowych szkół a wręcz przeciwnie - w każdej szkole jest 1-2 księży na etacie i o nauczycielskiej pensji. Dlaczego więc w tej państwowej szkole, utrzymywanej przez państwo ma wisiec symbol jednej religii? Dlaczego nie wisi obok krzyża gwiazda Dawida, obok półksiężyc a na biurko nie jest wyłożony nowy numer "Strażnicy"? I dlaczego ja gdybym był szefem dużej firmy, przynoszącej jeszcze większe zyski nie mógłbym domagać się powieszenia loga mojej firmy w każdej klasie, we wszystkich szkołach państwowych w kraju?

A druga rzecz, która mnie zdziwiła to celowy brak logiki czy też zręczna manipulacja. Skoro wstrętni ateiści ściągają krzyże w szkołach i chcą wypruć dusze i serce młodemu pokoleniu, to dlaczego równocześnie możliwa jest emisja filmu, który sprowadza istotę życia do wiary w Boga (pośrednicząc przez kościół)? To w końcu jak jest: palą nas na stosie czy nas nie palą?

Jak nie palą to można by skorzystać z okazji i ściągnąć wreszcie te krzyże zostawiając godło w klasie jako symbol szkoły państwowej, zarządzanej przez państwo, które tą szkołę utrzymuje. Jak staniemy się państwem wyznaniowym to możemy powiesić obok godła krzyż. Jedno jest pewne: mam wielką nadzieję, że nie dożyję tego czasu ;)

11sty/090

Ciekawostka wagowa

Pan spod znaku Wagi
To mężczyzna będący uosobieniem uroku, poszukiwania piękna i harmonii.
Ten mężczyzna jest niezwykle elegancki, wyrafinowany, wysmakowany, jak pierścionek z diamentem czy kropla perfum na szyi. Po prostu szlachetność w najwyższym stopniu.
Romans z nim przypomina zapomnienie się w walcu wiedeńskim. On trzyma cię w swoich ramionach, płyniecie w przestworzach, jesteście tacy doskonali, eleganccy, a świat wiruje dookoła.
Być z mężczyzną Wagą to więcej niż miłość, czy przyjaźń.
Ten mężczyzna potrafi być częścią ciebie. Doskonale rozumie kobiecą duszę, jej rozterki, marzenia i kaprysy. A to idealnie się komponuje z kobiecą naturą. Totalna harmonia!
Jest super męski, a przy tym zmysłowy, delikatny, z odrobiną chłopięcego uroku osobistego. Ma genialny gust, w doborze wszystkiego, przedmiotów, ubrań, kolorów a przede wszystkim kobiet.
To esteta, zwraca uwagę na szczegóły.

10sty/090

Teoria Wielkiego Pryzmatu

Na terenie małopolski znajduje się równocześnie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych, Centrum Jana Pawła II oraz Małopolskie Centrum Szycia i Robótek Ręcznych. Tylko tutaj mogła powstać moja teoria Wielkiego Pryzmatu. Nie ma w tym nic dziwnego - kraina historyczna małopolska, znajdująca się w dorzeczu Wisły ma ponad tysiącletnią historię.

W porównaniu z tym co było kiedyś:

zajmowany przez Małopolskę aktualny obszar nie jest aż tak imponujący. Na mapie powyżej na czerwono, zaznaczony jest obszar tzw. prowincji Korony Polskiej.

Prowincja małopolska Korony Polskiej to, w okresie I Rzeczypospolitej, prawno-administracyjna część składowa państwa polsko-litewskiego, do roku 1795. Stolicą prowincji był Kraków. Wszystkie prowincje polsko-litewskie mają swe źródło w nadaniu w 1347 przez Kazimierza Wielkiego osobnych statutów występujących w historiografii pod wspólną nazwą "statuty wiślicko-piotrkowskie" dla Wielkopolski i Małopolski, a jeszcze głębsze - w rozbiciu dzielnicowym. Po unii lubelskiej obok prowincji małopolskiej Rzeczpospolita Obojga Narodów dzieliła się jeszcze na prowincję wielkopolską oraz prowincję litewską.

Skład:

o Województwo krakowskie - 1010 r.
o Województwo lubelskie - 1478 r.
o Województwo sandomierskie - 1120 r.
o Województwo bełskie - 1436 r.
o Województwo bracławskie - 1570 r.
o Województwo czernihowskie - 1570 r.
o Województwo kijowskie - 1471 r.
o Województwo podlaskie - 1569 r.
o Województwo podolskie - 1569 r.
o Województwo ruskie - 1437 r.
o Województwo wołyńskie - 1569 r.

źródło

Podążając dalej tym tropem, natrafiłem na kolejną prowincję małopolski - tym razem jest to Małopolska prowincja naftowa.

Małopolska prowincja naftowa zajmuje obszar wypełniony osadami pozostałymi po kilku basenach sedymentacyjnych: paleozoicznym, mezozoicznym, karpackim (Karpaty) i przedkarpackim (mioceńskim rowie przedgórskim — zapadlisku). Najbardziej zasobne i perspektywiczne są utwory mioceńskiego zapadliska przedkarpackiego.
Odkryte w nim złoża gazu ziemnego charakteryzują się bardzo dobrymi parametrami energetycznymi,a wielohoryzontowe złoża mają znaczne zasoby, nawet przy niewielkim rozprzestrzenieniu obszarowym.

źródło

Państwowy Instytut Geologiczny oraz Przegląd Geologiczny chyba wiedzą co piszą. Szukałem długo znaczenia słowa "wielohoryzontowy" (w różnych kombinacjach i z myślnikiem w środku) ale nic nie znalazłem. Czyżby to był przykład jakiejś geologicznej nowomowy? ;)

Wracając do UFO



Przyznam szczerze, że na równi ciekawe z dawnymi dziejami jest nowa historia małopolski (a może i ludzkości?). Podążając wrodzoną sobie ciekawością i naukowym niepokojem (przy czym odczuwając charakterystyczne kłucie w boku) otworzyłem stronę Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych. Nazwa brzmi o tyle dumnie co i przerażająco - skoro powstało całe centrum badań, to ile tych kontaktów z UFO na terenie małopolski musiało nastąpić?

Niech wam się nie wydaje, że mieszkając w mieście (a nawet w centrum Krakowa) jesteście bezpieczni a UFO jest tylko sprawą łanów zbóż  małopolskich wsi. Okazuje się, że zjawiska nadprzyrodzone miały miejsce również w samym centrum Krakowa! W wycinku prasowym z Gazety Wyborczej można wyczytać: "Kilka lat temu w rejonach ulicy basztowej widziano świecący kolorowo stożek a nad Nowym Bieżanowem przelatywał kiedyś - nisko i wolno - czarny sześcian".

Dla osób spoza Krakowa, uświadamiam, że ulica Basztowa znajduje się w samym sercu miasta! (mapa)

Zacząłem się zastanawiać jak te wszystkie informacje powiązać. Zagadkę "Czarnego sześcianu" można bardzo łatwo rozwiązać. Pisze już o nim w wierszu "Stwórca" Ryszard Danecki - znalezione na stronie Związku Literatów Polskich (sic!)

Stwórca

Czarny sześcian ciszy
wycięty w boku pulsującego wszechświata,
czarny sześcian ciemności:

tutaj istnieje tylko to,
co powołane dotykiem
ręki mojej –

oto łóżka drewniana krawędź,
chłód prześcieradeł,
z pustki wyciągam
włosów długie zwoje,
stwarzam powieki rozwarte,
rozkołysane dzwony piersi –

faluje czarny sześcian ciszy,
faluje czarny sześcian,
faluje czarny,
faluje...

Promień świtu
podważa zmęczone powieki:

pokój z zieloną tapetą –
pulsująca komórka w organizmie wszechświata –

leżę obok ciebie,
którą stworzyłem,
stwórca pozbawiony w dzień boskości...

Prawda, że nagle wszystko stało się oczywiste? Uważam zatem, że Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych powinno podjąć czynną współpracę z poznańskim oddziałem Związku Literatów Polskich. W końcu dawno temu nasz wieszcz pisał: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko".

Kolorowy stożek - dwie hipotezy

Dlaczego UFO miałoby się pokazać akurat na ulicy Basztowej? Przypadek czy może planowe działanie? A jeśli planowe działanie to może chodziło o jakieś porachunki? Idąc dalej tym tropem i zakładając, że UFO nie miałoby ani czasu ani ochoty na indywidualne kontakty z pojedynczymi mieszkańcami Krakowa możemy dojść do wniosku, że ufolodzy jak zwykle idą w złą stronę. Zamiast interpretować czy się ukazało czy nie, wykorzystajmy metodę starożytnych czyli uznajmy pojawienie się UFO za fakt dokonany.

Aby udowodnić tę tezę, musimy udowodnić, że UFO miało jakiś cel w pojawieniu się akurat na ulicy Basztowej. Jaki ten cel mógłby być? Bardzo prosty i oczywisty, lecz musimy w poszukiwaniach sięgnąć trochę głębiej ;-)

2 kwietnia 1969 r. o godz. 15.20 z warszawskiego lotniska na Okęciu w planowany rejs do Krakowa wystartował samolot AN-24. Na jego pokładzie znajdowały się 53 osoby 47 pasażerów i 6 członków załogi, zaś wśród nich mieszkający w Krakowie pilot, który postanowił wykorzystać lot jako „okazję” do przejazdu do swego miasta. Wśród pasażerów był m.in. 78-letni prof. Zenon Klemensiewicz – wybitny językoznawca, prezes krakowskiego oddziału PAN, a także czternastoletni Stanisław Lewiński – syn ministra komunikacji Piotra Lewińskiego, lecący do Krakowa ze swoim wujkiem.

Trupy na drzewach

Lot do Krakowa miał trwać 55 minut. Niestety jednak, turbośmigłowy An-24 nigdy tam nie dotarł. Krótko po godz. 16 dwusilnikowa maszyna, zamiast lądować na lotnisku w Balicach, rozbiła się o zbocze leżącej w Paśmie Babiogórskim, wysokiej na 1369 m.n.pm. Policy, kosząc trzystuletni las na długości ok. 200 m. Przybyli na miejsce katastrofy mieszkańcy i ekipy ratownicze znaleźli jedynie porozrzucane szczątki i kawałki ciał. Zderzenia z górą nie przeżył żaden pasażer, ani członek załogi.

Nie widzieli Krakowa?

Co było przyczyną zagłady Antonowa – 24 pod Zawoją? Polica, o którą rozbił się samolot leży o kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Krakowa. Wyglądałoby więc na to, że załoga „Antka” musiała przelecieć koło Krakowa nie zauważając go. Ale jak można było minąć ponad pół milionowe miasto przy wysokim pułapie chmur i dobrej widoczności?

Aparatura… pożal się Boże

Prokuratura Wojewódzka w Krakowie stwierdziła, że wypadek nastąpił z winy pilotów, a dokładnym jego powodem było złe rozpoznanie czasu przez załogę. Ale czy na pewno tak było? Czy winni byli tylko piloci, a nie np. obsługa naziemna – a może raczej fatalny stan aparatury, jaką ta ostatnia się posługiwała? W czasie dochodzenia stwierdzono m.in., że letnisko w Balicach wyposażone było w radar, który w krajach zachodnich służy do wykrywania… kutrów rybackich i jest zupełnie nieprzydatny w lotnictwie.

Czy mógł tak się zachować?

Możliwe jest więc, że wypadek nastąpił dlatego, że załoga „Antonowa” całkowicie zdała się na obsługę naziemną i nie prowadziła własnej nawigacji - być może wdała się w towarzyską pogawędkę z pilotem, który leciał w kabinie jako pasażer. Ale czy w ten sposób mógł się zachować tak doświadczony pilot, jak Czesław Doliński, który w lotnictwie pracował od 20 lat i przebył w powietrzu ponad 2 miliony kilometrów?

Próba ucieczki? Porwanie?

A może załoga An-24 minęła Kraków dlatego, że nie chciała, lub nie mogła (wskutek np. sterroryzowania przez porywaczy) tam wylądować? Wersja o próbie ucieczki za granicę jest całkiem prawdopodobna. Możliwe, że pilot – chcąc uniknąć wykrycia przez radary – leciał na maksymalnie niskiej wysokości i dopiero wskutek fatalnych warunków atmosferycznych, jakie panowały w rejonie Policy (mgła i zadymka śnieżna) spowodował katastrofę. Do któregoś z lotnisk w krajach zachodnich – np. w Wiedniu lecący z Warszawy An-24 dotarłby bez najmniejszego problemu. Ale czy tak rzeczywiście było? – nie ma na to żadnych dowodów.

Co stało się z taśmami?

Bardzo prawdopodobne jest to, że prawda o przyczynach tragedii pod Zawoją nie wyszła na jaw dlatego, że postanowiono ją ukryć. Świadczyć może o tym fakt, że ekipa TVP SA, kręcąca w 2001 r. film o katastrofie „Antonowa”, nie znalazła w archiwum PLL Lot zapisu rozmów lotnisk z jego załogą w czasie ostatnich dwudziestu minut lotu (choć z ponad 30 pierwszych były). Czy taki zapis istniał? Najprawdopodobniej tak. Kiedy więc taśmy zaginęły i w jakich okolicznościach? To tylko jedne z wielu związanych z katastrofą An-24 pytań, na które nigdy nie uzyskano odpowiedzi.

źródło

Czyli jest tajemnica, jest UFO i jest też biuro PLL LOT na Basztowej. To nie może być przypadek - wszystko się zgadza! :D

A co z drugą hipotezą?

Druga hipoteza jest taka, że świecącym na kolorowo stożkiem był... gigantyczny pryzmat.

Dlaczego miałby to być gigantyczny pryzmat a nie UFO?

UWAGA

Obie hipotezy są równie prawdopodobne! Pragnę oznajmić, że w poniedziałek zostanie założone przeze mnie Małopolskie Centrum Badań i Obserwacji Wielkich Pryzmatów!

Aby moją teorię potwierdzić możemy znaleźć zdjęcie podobnego zjawiska w internetowej bazie zdjęć UFO:

2008-California-05-06-08-This is a picture I took during a photo op at Ritz Carlton Dana Point. One of 26, this is the only one with this in it. I am a professional photographer.

Over 500,000 actuations on this camera. Never have I had this in one of my pictures. Taken with a Nikon d2x 14-24mm lens.

Editor's Note: In many photographs like these, a lens flare or camera artifact is the culprit causing the anomalous "UFO." However, in this case, we have a professional photographer who has taken a half-million snaps with his camera, and certainly he would be able to elminate these commonplace reasons for the unknown object. source: www.mufon.com

Większa wersja zdjęcia znajduje się TUTAJ

Oczywiście nie zakładamy, że tam się nic nie stało - to jest absolutnie niemożliwe! ;-)

anduk

ps: jako literaturę uzupełniającą polecam poczytać wywody pana Jana Pająka :D

26gru/080

Fuck Christmas ^^

26gru/080

Nowy Rok!

Jeszcze kilka dni i 2008 rok przejdzie do historii. Jaki on był? Dla mnie zupełnie wyjątkowy, szalony i bardzo bardzo fajny. Był to rok nie o dwóch a kilku twarzach. Zarówno tej beznadziejnej jak i kapitalnej, niesamowitej i trochę mistycznej. Był to rok ochładzania wymarłych i trącających wampiryzmem energetycznym znajomości oraz gruntowania starych, kilkuletnich. Na pewno był to rok eksploracji miejsc, zdarzeń i myśli, które wykraczają poza wymiary zdroworozsądkowego myślenia.

Mijający rok to czas pozbawiania się złudzeń, bzdurnych ideałów, ustawiania priorytetów i trzymania steru. Trudno byłoby temu wszystkiemu podołać bez osoby, która bardzo mniw wspierała przez cały ten rok i wspiera nadal. Była zarówno akumulatorem, motorem jak i ukojeniem - wiele nocy zarwanych i przegadanych o sprawach ważnych jak i zupełnie bzdurnych. W Grudniu pękła bariera 100 tysięcy linii na gg; szmat słów i ocean poglądów, pytań bez odpowiedzi. I mimo, że nieraz rozczarowałem, byłem beznadziejny to należą sie jej medal, goździki i rajstopy za ciepliwość, wyrozumiałość i znoszenie moich humorów :)

Czego życzę Wam na Nowy Rok 2009? Realizacji marzeń - tych dużych i małych. Wytrwałości w dążeniu do obranego celu i sukcesów w sprawach ważnych. Życzę wam świadomego podejmowania decyzji, oczyszczania przedpola i obierania właściwego kierunku, zawsze i wszędzie.

Nie wiem jaki będzie nowy rok i co przyniesie, ale myśląc pozytywnie zwiększamy szanse, na uśmiech na twarzach - zarówno swoich, jak i bliskich nam osób :)

anduk

23gru/080

Zimowe Święto Światła

Oksford powraca do pogańskich wartości. Jak donosi tygodnik "Niedziela" z 8 grudnia Rada Miejska Oksfordu uchwaliła, że Boże Narodzenie od tego roku stanie się... Zimowym Świętem Światła.

Jest to swoisty powrót do korzeni, bowiem 25 grudnia w tradycji europejskiej jest dniem narodzin... Słońca Niezwyciężonego. Chrześcijaństwo przyjęło ten dzień w ramach akulturacji, tj. przejmowania pogańskich elementów kultury przez Kościół katolicki, w tym narodzin Boga – Słońca, którego utożsamiono z Jezusem Chrystusem („Słońcem Sprawiedliwości”).

Oczywiście decyzja samorządowców z Oksfordu spotkała się z atakiem abpa Gianfranco Ravasiego, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Kultury, który stwierdził, iż lepiej byłoby, żeby przemianowanie Świąt Bożego Narodzenia w Zimowe Święto Światła odbyło się pod sztandarem ateizmu, a nie "poszanowania wartości religijnych innych osób". Co ciekawe, decyzję Rady Miejskiej Oksfordu potępili jednogłośnie... brytyjski imam i rabin.

Sojusznikami samorządowców z Oksfordu są jednak świeccy politycy i zarządy wielkich sieci handlowych. W oficjalnych dokumentach i w podległych sobie jednostkach publicznych (szpitale, szkoły) usuwane są wszelkie religijne odniesienia do tzw. Bożego Narodzenia. Termin „Boże Narodzenie” zastępują określeniem „zimowych wakacji”.

Ks. Paweł Rozpiątkowski opisując casus Oksfordu w "Niedzieli" napisał, że „najnowsza historia uczy, że im bliżej świąt, tym takich informacji będzie więcej. Trudno się oprzeć wrażeniu, że głupota kwitnie w miarę zbliżania się zimy. Zresztą, gdyby to była tylko głupota. Często można podejrzewać po prostu złą wolę”.
źródło

Pogańskie święto światła bardzo mnie się podoba! :D Jakieś takie pokojowe i wracające do naszych korzeni :)

Historia pokazuje, że oprócz problemów z nazewnictwem świąt Bożego Narodzenia występuje również problem bardziej przyziemny acz o wiele bardziej straszliwy:

Bimbru na święta nie będzie!

Horror :D

Page 6 of 19« First...4567810...Last »