Odkładaj mało, by wyjąć dużo. Rzecz o długoterminowym oszczędzani
Disclaimer - obliczenia, które prezentuję zrobiłem na lekkim kacu z okazji dnia św. Patryka. Mogłem gdzieś popełnić błąd, proszę mieć to na uwadze.
Rozbawił mnie wczoraj artykuł na portalu gazeta.pl pod takim samym tytułem jak ta notka. Pan Maciej Samcik już w nagłówku artykułu napisał: 'Odkładając tylko po 250 zł miesięcznie, przez 40 lat możesz zebrać blisko milion złotych!'
Jest to wspaniała informacja tyle, że ... zupełnie nieprawdziwa. Dlaczego?
Autor pisze:
W optymistycznym scenariuszu, gdybyś odkładał po 250 zł miesięcznie przez np. 30 lat ze średnim rocznym zyskiem 8 proc. (czyli wyższym niż wspomniane wyżej 5 proc. na lokacie), na koniec odebrałbyś aż 354 tys. zł. Oszczędzając przez 40 lat, uzbierasz już... 810 tys. zł! Wystarczy na samochód, na podróż dookoła świata i jeszcze na dodatkową emeryturę.
Brzmi super, prawda? Cały szkopuł w tym, że osiągnąć roczną stopę zwrotów przez 40 lat co rok 8 procent jest arcy trudne.
Dlaczego? Po pierwsze od owej inwestycji pobierany jest 19% podatek Belki. Oczywiście, możemy założyć sobie indywidualne konto emerytalne (IKE) i 'uwolnić' się od niego, tylko cały szkopuł polega na tym, że owo uwolnienie jest obiecywane przez państwo. Jaką ma się gwarancję, że w ciągu 40 lat państwo polskie nie zmieni zdania? Jaka jest gwarancja, że któryś kolejny rząd próbując ratować tonący ZUS nie powie: 'IKE się nie sprawdziło więc wszystkie oszczędności transferujemy do ZUSu a konto przyszłej emerytury?'
Notą uzupełnienia powiem, że teraz można wyciągnąć pieniądze z IKE w każdej chwili płacąc normalny 19% podatek. Osoba oszczędzająca jest zwolniona z tego, gdy osiąga wiek emerytalny.
Tutaj jeszcze jedna uwaga - ostatnio coraz częściej pojawiają się głosy, że należy wydłużyć wiek emerytalny. Tak na prawdę może się okazać, że pieniądze bez podatku dostaniemy w wieku 80 lat. Ktoś powie, że to nie prawda i nierealne... czy aby na pewno?
Oszczędzając na swoim
Oszczędzamy więc normalnie korzystając z lokat, funduszy, obligacji. Nasz zysk, jest opodatkowany (19%) więc można zauważyć, że 1/5 zabiera nam państwo w sposób zbójecki.
Wsadzając 10 tysięcy złotych na lokatę oprocentowaną 5% rocznie otrzymujemy:
W Krakowie grasuje grupa wsadzająca palce
Zasmażana kapusta, pierogi, kiełbaski z grilla, pieczone ziemniaczki - świąteczne przysmaki na Rynku kuszą, że palce lizać... Dosłownie! Bo między straganami grasują już specjaliści od wsadzania paluchów w cudze posiłki, by przywłaszczyć sobie upragnioną kiszkę czy bigos
Zorganizowaną grupę maczającą palce już dawno rozpracowali sprzedawcy serwujący gorące posiłki na świątecznych straganach.
- Naliczyliśmy ich około 30. Mają od 20 do 60 lat. Chodzą zawsze grupami, działają razem. Są wśród nich zarówno kobiety, jak i mężczyźni. No i zawsze są na tzw. podwójnym gazie - mówi pani Jola, pracująca przy jednym ze stoisk z grillem.
Szajki w żaden sposób nie udaje się kupcom pozbyć. - Próbowaliśmy już wszystkiego. I prośby, i groźby. Gdy wzywaliśmy straż miejską, znikali, by za chwilę pojawić się znowu. Jednemu zaproponowałem, żeby pozamiatał dookoła stoiska, to w zamian dostanie coś w nagrodę. Wyśmiał mnie - rozkłada ręce pan Bronisław z sąsiedniego stoiska. Jak przyznaje, "wsadzacze palców" to... smakosze. - Nie zadowolą się zwykłą kiełbaską, musi być taka dobrze wysmażona. Chleba w ogóle nie chcą, parę razy proponowałem. Najchętniej jedliby same steki i karkówkę - kręci głową pan Bronisław.
Szajka maczająca palce żeruje głównie na turystach. Świadkiem jednej z ich zorganizowanych akcji był pan Wojciech: - Stałem w kolejce po kiełbaskę. Kolejka była długa, więc z nudów rozglądałem się dookoła. Moją uwagę zwrócił mężczyzna, który podejrzanie długo chodził wokół ławek. Przy jednej siedziała para ludzi rozmawiających ze sobą po niemiecku. Nagle patrzę, a ten człowiek podchodzi do nich i ciach, wsadza palec prosto w bigos. Zamurowało mnie...
Członkowie szajki dzielą się na podgrupy. W jednej są głównie nastoletnie dziewczyny, w drugiej - przede wszystkim bezdomni. Ci ostatni upodobali sobie grzańce. Te jednak trudniej zdobyć, bo jak tu wsadzić palec do kubka, z którego ktoś pije? Numer z palcem o wiele łatwiej zrealizować przy posiłku, bo ten, żeby skonsumować, trzeba postawić na stole, a to już o wiele łatwiejszy cel. W grupie czasem dochodzi do konfliktów.
- Raz z powodu łakomego kąska doszło do rękoczynów. Dwie dziewczyny pobiły się o kawałek karkówki. No i niech pani powie, jak nasi klienci mają spokojnie zjeść posiłek w takich warunkach - żali się pani Jola.
Jak ustaliliśmy, numer "z maczaniem palca" to ostateczność wyspecjalizowanej szajki. Zanim go zastosują, próbują inaczej. Najpierw żeby zdobyć upragniony przysmak, biorą konsumenta na litość. O pieniądze na jedzenie zaczepiają zarówno sprzedawców, jak i kupujących. Gdy to nie skutkuje, rozsiadają się dużą grupą przy stołach, zajmując miejsce i odstraszając klientów.
- Nie możemy ich za darmo codziennie karmić, bo puszczą nas z torbami. Ale gdy odmawiamy, sięgają po sposób ostateczny, czyli wsadzanie paluchów do serwowanych dań. To prawie zawsze skutkuje. No bo kto by chciał taką obmacaną kiełbasę zjeść? - lamentują sprzedawcy.


