Już wychodzą na powierzchnię…
Dopiero co ciało prezydenta (jako jedyne do tej pory) zdążyło wrócić na ojczystą ziemię a już rozpoczyna się chocholi taniec nad tymi szokującymi wydarzeniami z minionego weekendu. Trudno komentować takie rzeczy i takie słowa, które wychodzą od osób mających świecić przykładem dla pozostałych.
Ktoś kiedyś w żartach zapytał czy mam jakąś antykatolicką fobię... wydaje mi się, że od pewnego czasu staram się dość mocno ważyć słowa. Bardzo szanuję ludzi inteligentnych i porządnych, niezależnie od wyznania lub jego braku. Zarówno katolików, ateistów, agnostyków, żydów, protestantów...
Dorastałem w rodzinie i tradycji katolickiej i wiem jakim uznaniem i kredytem zaufania cieszy się kościół katolicki w Polsce. Niestety w większości przypadków wypowiedziami mniejszych lub większych dostojników kościelnych, odrzucają od siebie nie tylko osoby takie jak ja, pozbawione genu wiary ale również osoby wierzące i często praktykujące.
Coraz trudniej szukać wspólnej płaszczyzny porozumienia z ludźmi, którzy wypowiadają słowa na przykład:
To mogło się wydarzyć w środę [gdy w Katyniu był premier Tusk - red]. Ale w środę, metaforyczne w środę, "te oczodoły wołają o prawdę" premiera polskiego rządu, wywołały zachwyt. Już na drugi dzień liberalni politycy, opiniotwórczy Michnik od dawna niepiszący, zaproponowali posprzątać tropy pamięci z katyńskiego lasu, zapomnieć ślady profanacji znad charkowskich grobów. I może dlatego Bóg przypomniał wczoraj Polakom - po ludzku dramatycznie, nieludzko, ale po bożemu - inaczej, po swojemu, te słowa psalmu 137 "nad rzekami Babilonu tam żeśmy siedzieli, płakali...
[...]
To się mogło zdarzyć w środę, zdarzyło się wczoraj. To był ten kwiat polskiej inteligencji, to były te elity, które miały zasilić swą krwią ziemię smoleńska, by katyńska ofiara sprzed 70 lat nie została zapomniana, byśmy nie zasypali tropów, którymi kroczyli Ci żegnający się z najbliższymi.
Ci którzy mieli ręce związane kolczastym drutem, do którego przywiązano sznur oplatający ich szyje. Za każdym ruchem dusili się. Byli jak niemowlęta aborcyjne. Pamięć pod Smoleńskiem uratuje pamięć Katynia, którą libertyni chcieli już posprzątać.
Tak właśnie wczoraj prałat Zbigniew Suchy podczas mszy świętej (sic!) dał popis nie tyle miłosierdzia co chęci krwi i życzenia śmierci osobom z którymi poglądowo najprawdopodobniej nie było mu po drodze. Zaiste ksiądz prałat powinien zostać politykiem - byłby w tym bardzo dobry. Nawet oni wczoraj starali się zachować resztki moralności (no może poza panem Górskim z PiSu ale można przyjąć jako nieprzemyślaną wypowiedź związaną ze śmiercią jego najbliższych kolegów.
Swój katolicki głos w Twoim domu dał też o. Rydzyk. Nie powiedział w sumie nic, czego by wcześniej nie było. Język nienawiści u tego księdza-biznesmena rośnie wprost proporcjonalnie do spadku wpływów na koncie.
Katyń zbiera dalsze owoce, ale ta droga dalsza nasza jest. Idziemy ciągle do prawdy, coraz bardziej prawi, chcemy być. Stąd prawica. Niekoniecznie jest prawicą to, co się nazywa. Nie, trzeba patrzeć na uczynki. Pan Jezus mówi: po owocach ich poznacie. Nie po płaczu, po gestach
[...]Dzisiaj dzień miłosierdzia. Co Pan Bóg chciałby nam powiedzieć? Jedno, bym przestrzegał wszystkich, wszystkich. (...) Uważajmy. Dla nas to jest pogrzeb, ale dla ludzi złych, mogą robić różne miny, ale to jest wesele.
Bardzo smutno
Myślę, że dzisiejszy dzień jest bardzo smutny dla każdego Polaka niezależnie od przekonań politycznych. Oczywiście znajdą się gnidy, które będą się cieszyły jednak trzeba mieć nadzieję, że my jako naród nie zdurnieliśmy i nie zidiocieliśmy do reszty.
Najprawdopodobniej od dzisiejszego ranka zostaliśmy państwem bez prezydenta i pierwszej damy. Wg. artykułu 131 konstytucji gdy prezydent nie może wykonywać obowiązków, tą rolę przejmuje marszałek sejmu (obecnie Bronisław Komorowski). W katastrofie zginął też najprawdopodobniej ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski oraz kandydat na prezydenta RP z lewicy Jerzy Szmajdziński.
Bardzo to wszystko smutne, zginęło wielu ludzi, którzy pracowali dla Polski lepiej lub gorzej ale na pewno tak jak umieli. I o ile zawsze sprzeciwiam się wynoszeniu na ołtarze osób zmarłych to chciałem podziękować za te wszystkie dobre rzeczy, które dla mnie jako Polaka zrobili.
29 września 1957 – katastrofa nuklearna na Uralu.
„Ludzie, ze schodzącą z twarzy dłoni i innych części ciała skórą, uciekali w panice, nie wiedząc, co jest przyczyną nagłej choroby”. Tak brzmi opis skutków katastrofy nuklearnej, do której doszło we wrześniu 1957 r. w Kysztymie (bądź – jak kto woli – Kystymie, Kistymie lub Kystynie) na rosyjskim Uralu.
Pogłoski o tej tragedii krążyły już dziesiątki lat temu, jednak niemal nikt nie wiedział, co tak naprawdę się tam wydarzyło. Mówiono o czymś iście potwornym – wybuchu atomowym nuklearnych odpadów (które przekroczyły masę krytyczną) lub przypadkowym odpaleniu bomby atomowej.
Opinia publiczna w krajach zachodnich dowiedziała się o tym zdarzeniu już w 1979 r., kiedy to ujawnił je Żores Medwiediew – radziecki biogenetyk, który uciekł z ZSRR na Zachód. Mieszkańcy krajów za „żelazną kurtyną” w olbrzymiej większości nie wiedzieli o nim nic, lub w najlepszym razie mieli na jego temat nader blade pojęcie. Prawda o tym, co stało się we wrześniu 1957 w Kysztymie mogła dotrzeć do nich dopiero po upadku komunizmu. Ale i tak z powodzeniem można się założyć, że większość ludzi o tej katastrofie nigdy nie słyszała – mimo, że jej skutki mogły być gorsze nawet od efektów słynnej katastrofy reaktora atomowego w elektrowni atomowej w Czarnobylu, do której doszło 26 kwietnia 1986.
Zamknięte miasto
A było tak. Od czasu II wojny światowej położony w Obwodzie Czelabińskim Kysztym był tzw. miastem zamkniętym – oznaczonym najpierw jako „Czelabińsk 40” później jako „Czelabińsk 65”. Ogłoszenie tego miasta strefą niedostępną dla ludzi z zewnątrz wiązało się ze stworzeniem w nim Kombinatu Chemicznego „Majak” („Latarnia”), który specjalizował się w produkcji broni chemicznej. Jednym z komponentów tej broni były radioaktywne odpady (plutonu), które gromadzono w podziemnym zbiorniku.
Wysadziło 2,5 metra betonu
29 września 1957 r. doszło do awarii urządzeń, których zadaniem było chłodzenie gorących odpadów w zbiorniku. W efekcie silnego wzrostu temperatury doszło do eksplozji, której siła była tak wielka, że wyrzuciła w powietrze grubą na 2,5 pokrywę zbiornika. W powietrze wyleciało 70 -80 ton płynnych, wysoce radioaktywnych odpadów. Skażenie objęło obszar 23 000 km?, na którym żyło 270 000 ludzi.
Ile było ofiar?
Kwestia rozmiarów katastrofy atomowej w 1957 r. na Uralu jest przedmiotem sporów. Według oficjalnych danych, w wyniku wspomnianego zdarzenia zmarło 200 ludzi, 10 000 ewakuowano, a 470 000 zostało narażonych na wysokie dawki promieniowania. Organizacja ekologiczna Greenpeace utrzymuje natomiast, że katastrofa ta spowodowało śmierć 8 000, a może nawet 13 000 ludzi. Gdyby tak rzeczywiście było, byłaby to największa katastrofa nuklearna w dotychczasowej historii.
Z łopatami
Z ludźmi obwinionymi za dopuszczenie do katastrofy władza radziecka obeszła się surowo. Jeden z rosyjskich fizyków pamiętających to wydarzenie opowiadał ojcu niżej podpisanego, że zapędzono ich do likwidacji skażenia z gołymi łopatami w ręku - skazując na śmierć bez sądu.
Wciąż trudno
Jak było naprawdę – trudno powiedzieć. Niewątpliwym faktem jest, że 30 wiosek znikło z mapy. Warto też zauważyć, że zamknięte miasta, takie jak Czelabińsk-65 wciąż w Rosji istnieją. Wprawdzie od 1992 r. ich istnienie nie jest już tajemnicą, a liczba takich miast (czy jak kto woli stref – po rosyjsku nazywają się one Zakrytyje Administratywno – Teritorialnyje Abrazowanija – w skrócie ZATO) uległa zmniejszeniu, to jednak wciąż istnieje 45 obszarów niedostępnych (bez specjalnego zezwolenia) dla wszelkich ludzi z zewnątrz. Na obszarach tych żyje 1 345 000 ludzi, co stanowi blisko 1% całej ludności Rosji. W kraju, gdzie wciąż istnieją całe – duże niekiedy – zamknięte miejscowości, czego jak czego, ale pełnej jawności spodziewać się nie należy.
Bartłomiej Kozłowski, 2007
źródło: klik
Powiązany z tym jest artykuł Krzysztofa Łozińskiego o próbnych testach jądrowych w przeszłości. Włos się jeży na głowie ile dla wojskowych znaczy życie człowieka.

